https://www.si.edu/openaccess

OPOWIADANIA

Dziedzictwo – 1

Autor: Ernest Smutalski
Korekta i redakcja: Ewa Hopke

Po Blackwater Creek przyszedł czas na autorską kampanię pt. „Dziedzictwo”. Całość, podobnie jak prolog czerpie z klasycznych opowiadań i świata przedstawionego w książkach H. P. Lovecrafta. Znajdziecie tam też sporo elementów z przygody zawartej w podręczniku głównym do Zewu Cthulhu pt. „Szkarłatne litery”.

Poniższy rozdział składający się z czterech części rozegraliśmy na przełomie sierpnia i października 2019 r.

Narratorem i autorem opowiadania jest poznany przez Was już wcześniej Ebenezer Woolsworth, odgrywany przez Ernesta Smutalskiego.

 


 

Utknąłem w Arkham.

W mieście, o którym tyle razy opowiadała mi moja matka. Starodawnym, tajemniczym Arkham, które w jej opowieściach jawiło się jako spowite mgłą, rezonujące echami przeszłości miasto. Pamiętam, że ze szczególnym upodobaniem opowiadała mi o procesach czarownic, które pod koniec XVII wieku nawiedziły jego mieszkańców. Aż za dobrze znam historie Keziah Mason oraz Goody Fowler, kobiet, które przybyły do Arkham z owianego złą sławą Salem. Mason i Fowler, według mojej matki, stały na czele całego sabatu czarownic, który za swą siedzibę obrał właśnie Arkham.

Kobiety te oskarżono o czczenie diabła, kanibalizm, składanie ofiar z dzieci oraz wiele, wiele innych makabrycznych praktyk. Aby oddać stan chorobliwego podniecenia mojej matki, dodam, że wśród pozostałych zarzutów znajdowały się także: sprowadzanie chorób i niepłodności, profanacja mszy i hostii, niszczenie plonów, a także latanie na miotle!

Pierwsza z oskarżonych kobiet, Goody Fowler, po wybuchu masowej histerii uciekła w okoliczne lasy, gdzie według kronik miała swoją kryjówkę. Tam zaś, przez nikogo nie niepokojona, oddawała się czarcim bezeceństwom. Satanistyczne praktyki trwały do 1704 roku, kiedy to rozwścieczony tłum zlinczował ją, a następnie powiesił na cmentarzu przy Zachodnim Kościele, który od tamtej pory nazywany jest Wzgórzem Wisielców.

O wiele ciekawsza jest historia drugiej z kobiet – Keziah Mason. Kobiecie nie udało się uciec i wpadła w ręce żołnierzy, którzy następnie przyprowadzili ją przed sąd. Po trwającym kilka tygodni procesie kobieta przyznała się w końcu do zarzuconych jej czynów. W trakcie procesu wyznała, że podczas sabatów oddawał cześć Czarnemu Panu, który obdarował ją nowym imieniem NAHAB oraz szczurzym chowańcem – Brązowym Jenkinem. Z niekrytą dumą przyznała także, że swoje imię wpisała krwią do Księgi Azathotha. Śmiejąc się, zapewniła przesłuchujących ją mężczyzn, że takich jak ona jest jeszcze wiele i że jej odejście niczego nie zatrzyma. W całej tej makabrycznej historii największą uwagę przykuwa jednak coś innego. Keziah Mason udało się uciec! Stara, ledwo żywa kobieta w niewyjaśnionych okolicznościach zbiegła bowiem z zamkniętego poddasza, na którym została zamurowana żywcem.

Od tamtej pory nieszczęsna Keziah Manson stała się żywą, mroczną legendą Arkham, którą babki i matki straszyły niesforne dzieci.

Oczywiście nie dawałem wiary tym i wielu innym pogłoskom, którymi moja schorowana matka zaprzątała sobie głowę. Ale teraz, gdy spacerowałem ulicami Arkham, moje myśli mimowolnie zaczęły wracać do owych szalonych, przerażających historii. Podziwiając smukłe, piętrzące się ku niebu wieżyczki wiktoriańskich willi czułem dziwny niepokój a włócząc się po zmroku sennymi ulicami miałem wrażenie, że ktoś nieustannie obserwuje mnie z jednej z wielu zapuszczonych mansard.

 

*

 

Po powrocie z Blackwater Creek do Arkham okazało się, że Biuro Urzędu Skarbowego jest zamknięte. Dzięki uprzejmości Piąchy spisałem raport na komisariacie i jeszcze tego samego dnia wysłałem go do panny Wirginii Blackheart, czekając, aż przekaże mi instrukcje dotyczące dalszego postępowania.

Odpowiedź, gdy przyszła, była jak uderzenie w policzek. Na mocy podjętej przez pannę Blackheart decyzji miałem bowiem zostać w Arkham. Bynajmniej nie jako naczelnik lokalnego oddziału, ale dalej jako młodszy inspektor! Nie muszę mówić, że taka informacja była dla mnie druzgocąca. Na mocy tej decyzji Tom Spritz automatycznie zostawał moim przełożonym. Ten niechlujny, zaniedbany przygłup miał od tej pory wydawać mi polecenia!

Złość mieszała się z uczuciem upokorzenia, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Czułem, że potraktowano mnie wyjątkowo niesprawiedliwie. Tym bardziej że efekty śledztwa, które przeprowadziłem w Blackwater Creek, z pewnością spełniły wszelkie pokładane we mnie nadzieje. Tak czy inaczej, wolą panny Blackheart było, abym od tej pory pracował na wygnaniu w Arkham.

Kilka dni zajęło mi znalezienie odpowiedniego mieszkania i wdrożenie się w chaotyczny tryb pracy, jaki tutaj obowiązywał. Niechlujność i niekompetencja wysypywały się z każdej niedomkniętej szuflady, z każdej niedbale zawiązanej teczki. Ten zaś, który na to wszystko pozwalał, całe dnie spędzał w swoim małym, dusznym gabineciku, od czasu do czasu przyjmując podejrzanych interesantów.

Mieszkanie, które wynająłem, składało się z dwóch pokojów, łazienki, kuchni i zajmowało całe piętro jednopiętrowego domu. Nad wynajmowaną przeze mnie częścią znajdowała się jeszcze wysoka mansarda, którą zamykał czterospadowy, pokryty rybią łuską dach.

Dom, w całości zbudowany z czerwonej cegły, był pięknym przykładem stylu wiktoriańskiego. Aby wejść do środka, należało wspiąć się po kilku kamiennych schodach. Masywne, wykonane z czarnego drewna drzwi zdobił od góry misternie wykonany feston. Wejście było dodatkowo ozdobione parą pilastrów, które zamykały się nad festonem gładkim belkowaniem.

Jednak tym, co zdecydowało, że postanowiłem zamieszkać właśnie w tym domu były dwa, zwieńczone kopułką, półkoliste wykusze. W każdym z nich umieszczono po trzy wysokie, łukowato zakończone okna, z których roztaczał się piękny widok na płynącą w dole rzekę Miskatonic.

Kolejną zaletą wynajmowanego przeze mnie mieszkania była jego lokalizacja. Dom znajdował się bowiem w tej części miasta, w której ulokowano niemal wszystkie budynki administracji publicznej, w tym pocztę oraz gmach Urzędu Skarbowego.

Urząd Skarbowy zajmował niski, dwupiętrowy budynek znajdujący się w pobliżu niewielkiego parku. Wejście do gmachu poprzedzał otwarty ganek, na którego przedzie ustawiono trzy, masywne kolumny zakończone jońskimi kapitelami. Nad nimi, na wykonanym z białego kamienia tympanonie błyszczały złote litery, które układały się w napis – Urząd Skarbowy w Arkham. Pod nim dumnie powiewała flaga miasta.

Elewację rozjaśniały trzy rzędy dużych, świetlistych okien znajdujących się na każdej kondygnacji budynku. Umiejscowiono je w ten sposób, że wschodzące rano słońce wlewało się do środka szerokimi strumieniami ciepłego, porannego światła. Same pokoje były nieco klaustrofobiczne, panował w nich także nieprzyjemny zaduch. We wpadających przez okna promieniach słońca wyraźnie widać było unoszące się w powietrzu drobinki zalegającego wszędzie kurzu.

Całość budynku zamykała okazała biała kopuła.

 

*

 

Od wyjazdu z Blackwater Creek minęły dokładnie dwa tygodnie. W tym czasie zdołałem już dobrze przyjrzeć się panującym w urzędzie patologiom. Pracownicy nie wykazywali za grosz entuzjazmu, a wyznaczone im zadania wykonywali ospale, jakby za karę. Wielu z nich przychodziło do pracy ubranych niechlujnie, nie zdając sobie sprawy z powagi urzędu. Wyjątek na tym tle stanowiła sympatyczna, rudowłosa sekretarka, panna Mary. Na tyle, o ile mogła, starała się okiełznać panujący w biurze chaos, a gdy trzeba było potrafiła też krzyknąć. W międzyczasie poznaliśmy się na tyle, że postanowiłem zaprosić ja do klubu brydżowego, gdzie poczynała sobie nad wyraz dobrze.

Po dwóch tygodniach pracy przy sprawach, które mógłby przeprowadzić średnio rozwinięty szympans, inspektor Tom Spritz wezwał mnie do swojego gabinetu. Niechętnie wstałem zza biurka i puszczając pannie Mary łobuzerskie spojrzenie wszedłem do gabinetu przełożonego.

W środku, jak zwykle, panował wielki bałagan. Na biurku walały się przeróżne dokumenty, ołówki i kupony z wyścigów. Poza nimi na blacie stało kilka brudnych kubków oraz talerze z resztkami jedzenia. Z przepełnionej popielniczki niedopałki papierosów zsypywały się na biurko i dalej na podłogę.

W powietrzu unosiły się kłęby siwego, papierosowego dymu. Inspektor Spritz, zdaje się nigdy nie otwierał okien, dzięki czemu czuł się w pracy tak, jak w melinach, w których, jak udało mi się ustalić, spędzał każdą wolną chwilę.

– Woolwot, dobrze, że jesteś.

– Woolsworth, nazywam się Woolsworth – wycedziłem podirytowany.

Inspektor podniósł wzrok znad sterty pogniecionych dokumentów, w których usilnie starał się coś znaleźć.

– Tak, tak, wiem. Siadaj, mam dla ciebie zadanie.

Spojrzałem na stojące przede mną zaplamione krzesło.

– Dziękuję, ale postoję. Cały dzień siedzę przy biurku.

Spritz podniósł głowę, wlepiając we mnie wzrok.

– Ty nie siedź, tylko pracuj. Ja nie wiem, czego was tam uczą w Bostonie, ale my tutaj nie siedzimy bezproduktywnie. Rozumiesz?

Już miałem odpowiedzieć, na całe szczęście jednak Spritz był pierwszy.

– Właściwie, to mam dla ciebie dwie sprawy. Jedną trudną a druga jeszcze trudniejszą – zaśmiał się złośliwie. Tak się składa, że wszyscy moi najlepsi agenci są już zajęci, więc muszę dać to tobie. Pierwsza sprawa. Niejaki profesor Charles Leiter, pracownik Uniwersytetu Miskatonic. Wiemy, że po śmierci swojego dziadka w 1921 roku, po niemal pięcioletnim postępowaniu, w 1926 roku odziedziczył pokaźną kwotę tysiąca dolarów. Niestety, w sprawozdaniu majątkowym za ten okres wykazał jedynie dwieście. Nie muszę ci chyba mówić, że trzeba wyjaśnić, gdzie profesorek ukrył pozostałe osiemset, co? Podejrzany ma czterdzieści dwa lata i dotąd wiódł życie wzorowego obywatela, ale skończyło się. Ja ci mówię, Woolsworth, te wszystkie profesory to niezłe cwaniaki są. Niby takie mądrale a dodawać nie potrafią? Myślą, że nas przechytrzą? Nic z tego!

– Co ja mówiłem? A, tak. Czterdzieści dwa lata, pochodzi z bogatej, szanowanej rodziny. Z tego, co widzę, to ma na swoim koncie sporo darowizn. Tutaj coś dla sierocińca, tutaj coś dla zakonu Loretanek. Widzę też, że od pewnego czasu prowadzi własną działalność gospodarczą. Zajmuje się wyceną tych wszystkich zabytkowych rupieci a jego jedynym, jak dotąd, klientem jest niejaki Abner Wick, właściciel antykwariatu na North Sentinel Street. Dotychczasowe zlecenia opiewały na śmiesznie małe kwoty, ale, tak czy inaczej, trzeba go z tego rozliczyć.

Spritz podniósł swoją szczurzą twarz znad dokumentów i spojrzał na mnie, widocznie znudzony całą tą rozmową.

– No, ale co ci będę gadał. Wiesz co masz robić, nie?

Pokiwałem głową zrezygnowany, czekając, aż przedstawi mi drugą ze spraw, która przypadła mi w udziale.

– No, teraz coś ciekawszego. Usiądź lepiej – zawiesił głos, wyraźnie podekscytowany. Mógłbym przysiąc, że widziałem, jak nerwowo strzyże końcówką nosa. Widząc, że nadal stoję wzruszył tylko ramionami i kontynuował.

– To będzie dobre, bardzo dobre. Jest tutaj taka rodzina Japończyków. Nakamurów czy jakoś tak. Ludzkim językiem nie wypowiesz tego poprawnie. Ale mniejsza, Woolsworth. Japońce mieszkają tu u nas, na południe od Miskatonic, prawie na skraju miasta. Wyobraź sobie, że te skurczybyki kupiły najdroższą działkę w całym Arkham i wprowadziły się do najstarszego domu w okolicy.

– Jak tak dalej pójdzie, to cała nasza gospodarka trafi wkrótce w ręce tych paskudnych imigrantów.

–- Dobrze mówisz, Woolsworth – Spritz był zachwycony moją postawą. – Czcigodny pan Peabody pewnie przewraca się teraz w grobie, widząc, że po jego domu rozlazła się ta skośnooka zaraz. Mówię ci, Woolsworth – Spritz zaczął szeptać – Z tych wszystkich Japońców, Czechów, Polaków i czarnych nic dobrego nam nie przyjdzie. To my, a nie oni są solą tej ziemi. No ale ja nie o tym – zaczął mówić głośniej  – Ci Nakamurowie są tu w Arkham już od 1850 roku, tak przynajmniej wynika z posiadanych przeze mnie dokumentów, chociaż z pewnością nie są one kompletne. Kto by się tam chciał tym zajmować? – popatrzył na mnie puszczając porozumiewawczo oko. – Tak czy inaczej, obecnie głową rodziny jest Kazuhiro Nakamura. Poza nim wiemy, że dom zamieszkują także jego żona Yukiko, córka Hotaru oraz ich krewni: Reiko Satomi – siostra Yukiko oraz Takuma Kazno – stryj Yukiko i Reiko. No przyznaj Woolsworth, jak tu się w tym nie pogubić?

– W czym jednak rzecz. Nakamurowie prowadzą tu w okolicy pokaźne gospodarstwo rolne. Nic szczególnego – zboże, trochę kukurydzy (Wzdrygnąłem się na te słowa. Przed oczami od razu stanęła mi postać Damiena Carmody’ego). Zatrudniają przy tym sporą liczbę imigrantów, jakby nasi chłopcy nie nadawali się do takiej roboty. Chociaż z drugiej strony żaden prawdziwy Amerykanin nie chciałby pracować u Japońca. Ale do rzeczy. Z naszych obliczeń wynika, że z posiadanych przez siebie gruntów rolnych, przy uwzględnieniu aktualnych cen skupu, Nakamurowie powinni na czysto wyciągać osiemdziesiąt-sto tysięcy dolarów. W swoim zeznaniu podatkowym podali jednak ledwo dwadzieścia tysięcy. I tutaj wkraczasz ty. Musisz wyjaśnić, w jak najdelikatniejszy sposób, gdzie podziały się niewymienione w zeznaniu podatkowym pieniądze. Nie pozwolimy, aby ta zaraza bezkarnie gryzła rękę, która ją karmi. Jeśli ci się uda, to jest tutaj pewna grupa ludzi, bardzo wpływowych, która z chęcią wynagrodzi cię za to, że znajdziesz dowody obciążające Nakamurów. – Powiedziawszy to spojrzał na mnie znacząco i kontynuował. – Co jeszcze musisz wiedzieć to to, że od momentu przybycia do Arkham Nakamurowie starali się wtopić w tło. Próbowali zbratać się z lokalnymi elitami, łożyli pieniądze na fundacje charytatywne i uniwersytet. Mało tego, Kazuhiro wystartował nawet na radnego, ale możesz się domyślić jak to się skończyło.

– No to tyle – wstał i wyciągnął do mnie swoja chudą, lepką dłoń – Resztę dokumentów wręczy ci Mary. Poprosiłem ją, aby wygrzebała z archiwum wszystkie akta związane z tymi sprawami. A teraz – spojrzał na zegarek – wybacz, ale lecę na bardzo, bardzo ważne spotkanie.

Już ja wiedziałem jakiego typu jest to spotkanie, ale w milczeniu pokiwałem tylko głową i wróciłem do siebie. Po drodze odebrałem przygotowane przez sekretarkę dokumenty i zrezygnowany usiadłem za biurkiem.

Od rana padało. Strugi deszczu spływały po szybach, rozmywając pejzaż złożony z ciężkich, szarych chmur, które skuły całe niebo nad Arkham. Stukot kropli deszczu mieszał się z rozmowami współpracowników i stukaniem stenotypistek. Może to przez ponurą atmosferę tego dnia pomyślałem sobie, że tutaj, w Arkham, wszystko jest jakieś inne, dziwne. Jakby moi współpracownicy, a nawet budynki, które mijałem, uwikłani byli w jakąś mroczną tajemnicę.

Szybko jednak pozbyłem się tych absurdalnych myśli i zacząłem analizować wręczoną mi przez Mary dokumentację. Gdy spojrzałem w jej kierunku uśmiechnęła się do mnie tajemniczo, po czym gdzieś zniknęła.

Gdy skończyłem zapoznawać się z dokumentami zegar wskazywał godzinę piątą po południu. O tej godzinie w biurze byłem już całkowicie sam. Postanowiłem, że wracając z pracy zajrzę po drodze na kampus akademicki. Liczyłem na to, że przy odrobinie szczęścia spotkam tam profesora Leitera.

 

*

 

Dolny Kampus Uniwersytetu Miskatonic otoczony był z czterech stron wąskimi, kamienistymi uliczkami West Street, Collage Street, Garrison Street oraz North Street. Na placu pomiędzy nimi znajdowało się kilkanaście należących do uniwersytetu budynków, z których największe wrażenie zrobił na mnie gmach Biblioteki im. Armitage’a.

Potężna, zbudowana na planie krzyża budowla w całości wykonana została z czerwonej cegły i wejściem zwrócona była w kierunku West Street. Całość budowli zamykała oktagonalna wieża, w której ścianach umieszczono po jednym triforium. Wieżę wieńczyła dodatkowo wykwintnie wykonana, wieloboczna, wysoka na niemal dwa metry wieżyczka. Na jej obwodzie znajdowały się wysokie, półkoliste okna, które umożliwiały napływ dziennego światła do wnętrza biblioteki. Pokryty szarym gontem, naczółkowy dach urozmaicono na krawędziach żelazną balustradą.

Fasada budynku utrzymana była w jednakowym stylu. Na jednej trzeciej wysokości, w połowie i na krawędzi górnej, umieszczono bogato zdobiony gzyms, między którego listwami znajdował się misternie wykonany, florystyczny wzór przedstawiający liście i kielichy najbardziej fantastycznych kwiatów.

Budynek był dwupiętrowy. Idąc do niego już z daleka widać było szeregi dużych, jasnych okien, w których wieczorami gasło znikające za horyzontem słońce. Dodatkowo, na dachu każdej z czterech ścian umieszczono trójkątne, bogato obramowane lukarny.

Do wejścia do biblioteki prowadziła szeroka, wysypana białym żwirem ścieżka, po której obu stronach stare dęby dumnie prężyły swe konary. Na jej końcu, w centralnej części ryzalitu znajdowało się wejście do budynku, otoczone pięknie rozbudowanym portalem, którego zwieńczeniem była zabytkowa, zakończona kwiatonem wimperga. Skryte w jego chłodnym cieniu stare schody prowadziły przed ciężkie, dwuskrzydłowe drzwi ozdobione półkolistą archiwoltą.

W tym budynku, zgodnie z informacjami, które otrzymałem przez telefon, przebywać miał prorektor Uniwersytetu Miskatonic, Bryce Fallon, bezpośredni przełożony profesora Leitera.

Oznajmiłem swoje przybycie sekretarce i po krótkiej chwili wprowadzono mnie do gabinetu prorektora.

Duży, przestronny gabinet pomalowany został w kolorze burgundowym. Ustawione wzdłuż ścian regały uginały się od ciężaru starych, opasłych woluminów, których grube grzbiety migotały do mnie złotem liter. Naprzeciwko wejścia, pod dużym, jasnym oknem stała brązowa, skórzana kanapa. Pośrodku pokoju ustawiono masywne, wykonane z czarnego drewna biurko. Przed nim stał zaś fotel, na którym mój gospodarz nakazał mi usiąść.

Prorektor był mężczyzną we wczesnych latach pięćdziesiątych. Miał zdrową, opaloną cerę i szeroki biały uśmiech. Nad bystrymi, niebieskimi oczami unosiły się gęste, czarne brwi.

– Witam serdecznie panie inspektorze. Sekretarka uprzedziła mnie o pana wizycie, proszę mi jednak wybaczyć, zapomniałem pańskiego nazwiska.

– Nic nie szkodzi – odpowiedziałem rozpinając marynarkę. – Prorektor uniwersytetu ma wystarczająco dużo rzeczy na głowie. Ebenezer Woolsworth – przedstawiłem się, ściskając dłoń prorektora.

– Bryce Fallon. W czym mogę służyć? Prawdę mówiąc, jestem trochę zmartwiony, nie wiem czego się spodziewać po tej rozmowie. Proszę wybaczyć, ale wizyty urzędu skarbowego mimowolnie budzą we mnie niepokój.

Prorektor rozsiadł się wygodnie w fotelu, składając ręce na wysokości klatki piersiowej, po czym wyprostował palce wskazujące i oparł je na wargach. Był wyraźnie zdenerwowany. Jednak władcza, wyczekująca poza świadczyła o tym, że sytuacje, taka jak ta, nie były dla niego czymś całkiem wyjątkowym.

– Już śpieszę z wyjaśnieniami prorektorze. Przychodzę do pana w sprawie profesora Leitera. Pan, jako jego przełożony, powinien wiedzieć, że rozpoczęliśmy w jego sprawie postępowanie. Chcemy wyjaśnić pewne znaczące nieprawidłowości w jego zeznaniu majątkowym. W związku z tym może zaistnieć sytuacja, że profesor będzie musiał zjawić się w Urzędzie, zaniedbując tym samym obowiązki dydaktyczne.

– Co też pan mówi! – prorektor zdjął z nosa okulary i zaczął energicznie czyścic je kawałkiem rękawa. – Profesor Leiter? Wydawało mi się, że jest osobą wyjątkowo skrupulatną. Z drugiej strony, wie pan. Nasi naukowcy, mówiąc delikatnie, niezbyt nadążają za tym, co dzieje się wokół nich. Pewnie tylko dlatego się żenią – puścił do mnie oko. – Księgi, badania, odkrycia – z tym są na bieżąco. Zeznania podatkowe, wizyty kontrolne, słowem wszelkie sprawy codzienne często im umykają.

– Wierzę, że spotkanie z profesorem Leiterem będzie owocne i wyjaśnimy całą tę kłopotliwą sytuację. Proszę mi jednak powiedzieć, czy w ostatnim czasie zaobserwował może prorektor jakieś zmiany w zachowaniu profesora? Może prosił o pożyczkę, dziwnie się zachowywał?

Prorektor zamyślił się na moment.

– Nie, nie wydaje mi się – odpowiedział po chwili – Na pewno nie prosił mnie o pożyczkę. Proszę porozmawiać z asystentką pana Leitera, panna Emilią Court, być może ona będzie wiedziała coś więcej. Jeśli zaś chodzi o zmianę w zachowaniu, to najlepiej byłoby spytać studentów. To oni spędzają z nim w końcu najwięcej czasu. Tak się szczęśliwie składa, że profesor prowadzi właśnie zajęcia w jednej z sal wykładowych w auli imienia Randolpha Cartera.

Prorektor sięgnął po stojący na biurku telefon. Przez chwilę rozmawiał z kimś, po czym widocznie zadowolony odłożył słuchawkę.

– Jeśli się pan pospieszy, to powinien pan go jeszcze złapać.

Uznawszy spotkanie za zakończone pożegnałem się z prorektorem i szybkim krokiem skierowałem się do wskazanego mi budynku.

Wewnątrz auli, w ciasnej kantynie tuż obok wejścia siedział stróż. Spytałem go, czy zastałem jeszcze profesora Leitera i szczęśliwie okazało się, że prowadzone przez niego zajęcia jeszcze trwają. Usiadłem na jednej ze znajdujących się w korytarzu ławek i czekałem, aż profesor Leiter skończy wykład.

Po około trzydziestu minutach korytarz zatrząsnął się od śmiechów opuszczających zajęcia studentów, jednak profesora z nimi nie było. W międzyczasie zrobiło się już dosyć późno, więc zostawiłem stróżowi swój numer kontaktowy z prośbą, aby wręczył go profesorowi Leiterowi gdy tylko go spotka.

No cóż, przyjdę do niego jutro – pomyślałem i poprawiwszy kołnierz płaszcza ruszyłem w stronę domu. Znajdujące się na terenie kampusu latarnie gazowe powoli budziły się do życia, rzucając na starodawne budowle długie, posępne cienie.

Nagle, zza moich pleców dobiegł mnie dobrze znany mi głos. Gdy się odwróciłem ujrzałem idącą w moim kierunku siostrę Felicje.

– Szczęść Boże, panie inspektorze.

– Dobry wieczór, siostro. Dobrze siostrę widzieć.

– Ach dziękuję, dziękuję. Czyżby któryś z profesorów miał na pieńku z Urzędem Skarbowym?

– A wie siostra, że tak – odpowiedziałem rozbawiony – Nie wiem, jak siostra to robi, ale intuicja siostry chyba nigdy nie zawodzi?

– No cóż – odpowiedziała mi z uśmiechem – Bóg obdarza nas różnymi talentami.

– No tak…tak. A siostrę co sprowadza na kampus?

– Mam się spotkać z profesorem Leiterem, jednym z dobroczyńców naszego zakonu.

– Leiterem, mówi siostra. Co za niezwykły zbieg okoliczności! Liczyłem, że uda mi się z nim dziś porozmawiać, jednak okazało się, że opuścił już kampus.

– Jak to opuścił? – oburzyła się siostra  – Przecież jestem umówiona z nim na spotkanie. Jeśli to coś pilnego, to proszę pójść ze mną.

– Będę niezwykle zobowiązany – skłoniłem się lekko i ruszyłem za siostrą.

Profesora Leitera nie znaleźliśmy ani w jego gabinecie, ani w sali wykładowej, w której prowadził ostatnie tego dnia zajęcia. Sprawdziliśmy każde piętro, każdy zakątek budynku, jednak nigdzie go nie było. Kiedy zrezygnowani staliśmy pod jego gabinetem, usłyszeliśmy nagle czyjeś kroki. Jak się okazało, nie był to jednak wyczekiwany przez nas profesor, lecz niski, ekstrawagancko noszący się Japończyk. Ubrany był w czarny: wiszący na nim garnitur, białe, o wiele na niego za duże pantofle oraz kremowy kapelusz przepasany czarna tasiemką. Pokracznie stawiając kroki szedł środkiem korytarza. W jednej ręce trzymał sporych rozmiarów walizkę, która mi wydawała się bardzo ciężka a którą on niósł z wielką lekkością. W jego ubiorze i chodzie było coś dziwnego. Nieznajomy sprawiał bardziej wrażenie dziecka przebranego za osobę dorosłą niż prawdziwie dojrzałego mężczyznę. Popatrzyliśmy po sobie z siostrą, nieco rozbawieni tym cudacznym pokazem i ponownie zaczęliśmy kręcić się w kółko pod drzwiami gabinetu.

W końcu, po niemal godzinie bezowocnego oczekiwania pożegnałem się z siostrą Felicją i poszedłem do domu. Żegnając się z nią odniosłem wrażenie, że zakonnica była poważnie zaniepokojona zniknięciem profesora.

 

*

 

Na zegarze nie zdążyło jeszcze wybrzmieć bicie na godzinę dwudziestą druga, gdy spokój późnego wieczoru, w którego trakcie raczyłem się papierosami i muzyką klasyczną, w barbarzyński sposób przerwało dzwonienie telefonu.

Kogo znowu diabli niosą? – pomyślałem zirytowany i podniosłem słuchawkę.

– Ebenezer? – usłyszałem tubalny głos.

– Tak, a kto mówi?

– Ja.

– Acha – odpowiedziałem i odłożyłem słuchawkę. Co za kretyn, pomyślałem i ponownie nastawiłem gramofon, lecz w tym samym momencie telefon zadzwonił jeszcze raz.

– Coś rozłączyło, to znowu ja.

– Acha – powtórzyłem i już miałem odłożyć słuchawkę, gdy po drugiej stronie aparatu usłyszałem inny, ściszony głos.

– No przedstaw się, na litość boską, skąd ma wiedzieć, że ty, to ty.

– Racja, racja – przytaknął tubalny głos. – Ebenezer, to ja, Piącha.

No tak, pomyślałem klepiąc się w czoło. Kto inny, jak nie Piącha!

– Witam pana detektywa. W czym mogę pomóc o tak późnej porze?

– Tak się składa, że możesz i to bardzo. Dzwonię do ciebie z Uniwersytetu Miskatonic, dokładnie rzecz biorąc z Biblioteki im. Armitage’a. Możesz mi powiedzieć, w jakiej sprawie tu dzisiaj byłeś?

– Wybacz Piącha, ale to wewnętrzne sprawy Urzędu Skarbowego. Musisz podać mi dobry powód, aby mógł powiedzieć ci więcej.

– Profesor Leiter nie żyje. Może być?

Zaniemówiłem.

– Dobrze by było, żebyś jak najszybciej tu do nas przyjechał. Wiem, że jest późno, ale sprawa jest na tyle poważna, że powinieneś jak najszybciej się tutaj pojawić.

– Oczywiście Piącha, już do ciebie jadę.

– Dziękuję inspektorze. Przy okazji, proszę zabrać ze sobą siostrę Felicję. Widzę, że była tutaj z panem.

 

*

 

Gdy dotarłem na teren kampusu od razu skierowałem kroki w kierunku Biblioteki im. Armitage’a. Teren wokół budynku oddzielony został taśmą i obstawiony przez policjantów. Między nimi zamigotała dobrze mi już znana sylwetka siostry Felicji. Szary habit zakonnicy furkotał na wietrze, gdy rozgorączkowana biegała wśród policjantów, próbując rozeznać się, w jakim celu została tu wezwana. Gdy mnie zobaczyła natychmiast do mnie podbiegła, zasypując lawiną pytań. Powiedziałem jej, że na wszystkie te pytania odpowie jej Piącha.

Gdy zapytaliśmy jednego z funkcjonariuszy o detektywa Alcorna, policjant spojrzał na nas podejrzliwie, po czym dał znak, abyśmy chwilę poczekali. Po kilku sekundach z budynku biblioteki wyszedł Piącha w towarzystwie znanego mi już detektywa Raya Stuckeya.

– Dobrze, że jesteście – zaczął flegmatycznie Piącha, co natychmiast wykorzystała siostra Felicja.

– Detektywie – odezwała się wzburzonym, rozgorączkowanym głosem – Na miłość Boską proszę mi powiedzieć co się tutaj dzieje! Inspektor Woolsworth powiedział tylko, że chodzi o profesora Leitera. Proszę mówić! Gdzie on jest?! Czy coś mu się stało?

– Tak. Nie żyje.

W głosie Piąchy nie zabrzmiała żadna emocja. Siostra Felicja popatrzyła na niego oniemiała, po czym ukryła twarz w dłoniach.

– Bardzo nam przykro – odezwał się szybko drugi z detektywów, podnosząc policyjną taśmę i wprowadzając nas na teren biblioteki. – Skoro Piącha w tak subtelny sposób zapoznał was już z powodem, dla którego tu przyjechaliście, to przejdźmy do konkretów. Nie dość, że mamy tutaj trupa, to dostaliśmy jeszcze zgłoszenie o tym, że ktoś w nocy zniszczył na cmentarzu grobowiec rodziny Nakamurów. To będzie intensywna noc – westchnął ciężko.

Ray Stuckey był około trzydziestoletnim mężczyzną o pociągłej, gładko ogolonej twarzy i dużych, brązowych oczach. Ubrany był w beżowy płaszcz a na głowie nosił ciemnobrązowy kapelusz typu fedora. Stuckey podobał się kobietom, co wywoływało zazdrość wśród pozostałych detektywów, poza oczywiście Piąchą, który nie zaprzątał sobie głowy takimi pierdołami. Tym, co poza nieprzeciętną urodą charakteryzowało detektywa Stuckeya było jego zamiłowanie do papierosów, które w chwilach stresu odpalał jeden od drugiego.

– No dobrze – odezwał się Piącha, gdy już znaleźliśmy się w środku. – Możecie mi powiedzieć, z jakich powodów chcieliście się spotkać dzisiaj z denatem?

Siostra wzdrygnęła się mimowolnie na dźwięk tego słowa.

– Moja przełożona, siostra Cecylia, poprosiła mnie, abym spotkała się z profesorem i sprawdziła, jak się czuje. Zdaniem przeoryszy profesor Leiter w ostatnich dniach był czymś wyjątkowo wzburzony, zdawało mu się, że ktoś go śledzi. Przeorysza nie wchodziła ze mną w szczegóły, ale z jej opisu wynikało, że profesor Leiter czegoś albo kogoś wyraźnie się obawiał. Gdy rozmawiałam z nim około godziny trzynastej, odniosłam wrażenie, że jest jakiś nieobecny, zamyślony. Słuchał mnie, ale widziałam dokładnie, że jest czymś wyraźnie pochłonięty. W końcu poprosił, abym przyszła do niego później, po jego ostatnich zajęciach. Po tej rozmowie posiedziałam trochę w bibliotece, a potem, gdy szłam na umówione spotkanie, spotkałam inspektora Woolsworth’a.

Stuckey zapisał coś w notatniku i spojrzał w moim kierunku.

– Mnie do profesora sprowadziły sprawy czysto zawodowe. Okazało się, że nie wykazał on w swoim zeznaniu dość pokaźnej sumy pieniędzy. Przybyłem więc tutaj, aby spotkać się z nim w tej sprawie. Wcześniej poinformowałem o tym jego przełożonego, prorektora Fallon’a. To on powiedział mi, że przy odrobinie szczęścia zdołam go jeszcze spotkać na kampusie. Stróż w budynku, w którym Leiter prowadził zajęcia powiedział mi, że wykłady jeszcze trwają, więc postanowiłem poczekać na profesora na korytarzu. Czekałem dobre półgodziny, jak się okazało na marne. Później spotkałem siostrę Felicję i wspólnie staraliśmy się znaleźć profesora, jednak bez rezultatu. W międzyczasie na korytarzu spotkaliśmy ekstrawagancko noszącego się Japończyka i tyle. Wychodząc poprosiłem stróża, aby gdy tylko zobaczy profesora poprosił go, aby do mnie zatelefonował.

– Stąd właśnie dowiedzieliśmy się, że tutaj byliście – rzekł Stuckey odpalając kolejnego papierosa. – To doprawdy zdumiewające, że po wydarzeniach z Blackwater Creek cała wasza trójka – machnął dłonią w kierunku Piąchy – znowu wdepnęła w jakąś niesympatyczną historię. Mniejsza o to – poprawił kapelusz – chcielibyśmy, aby na potrzeby rozpoczętego właśnie śledztwa siostra oraz pan, panie Woolsworth, pomogli nam, oczywiście nieoficjalnie. My, na tyle, o ile możemy zapoznamy was ze sprawą, a wy pomożecie nam znaleźć mordercę, w porządku?

Oboje pokiwaliśmy głową i w milczeniu udaliśmy się za detektywami, którzy przeskakując po dwa stopnie naraz, ruszyli schodami w górę.

– Na początku chciałbym, żebyśmy jeszcze raz przejrzeli gabinet denata. Technicy zebrali już pewnie wszystkie ślady, ale zawsze przyda nam się spojrzenie kogoś, kogo nie zżarła jeszcze policyjna rutyna. Wiemy, że w ciągu ostatnich dni profesor pracował nad tłumaczeniem pewnej bardzo ważnej księgi. Być może była motywem zbrodni.

Gabinet Leitera był w istocie malutką klitką. Wzdłuż ścian ustawione były masywne, sięgające sufitu regały, których półki uginały się od ciężaru znajdujących się na nich ksiąg. Pod jednym z nich stała wyposażona w kółka, przesuwana drabinka.

Naprzeciwko wejścia znajdowało się zasłonięte ciężka, zieloną zasłoną okno. Sądząc po ilości zgromadzonego na niej kurzu od dawna musiała być nieruszana. Na prawo od wejścia ustawiono drewniane biurko, na którym piętrzyły się porozrzucane w nieładzie kartki. Obok biurka, przy oknie, na wąskim regale poza książkami znajdowały się różne drobne przedmioty, statuetki oraz niewielkie lustro. Nad biurkiem profesor zawiesił kilka dyplomów, które zdobył w trakcie swojej akademickiej kariery. W pokoju były dwa krzesła. Jedno przysunięte było do biurka a drugie, przewrócone, leżało pośrodku pokoju. Obok niego kredą zarysowano pozycje, w której znaleziono zwłoki.

– Dobry Boże – wyszeptała siostra, przekraczając próg gabinetu.

Rozpoczęliśmy oględziny miejsca. Przejrzałem znajdujące się na biurku i w szufladach dokumenty jednak nie znalazłem w nich nic, co miałoby jakikolwiek związek z prowadzonym przeze mnie śledztwem.

Jeśli motywem zabójstwa była owa bezcenna księga to nie znaleźliśmy jej w gabinecie. Było to o tyle dziwne, że zdaniem przesłuchanych przez detektywów współpracowników Leitera, profesor niemal nie rozstawał się z księgą i spędzał nad nią całe dnie.

Szperając między książkami spojrzałem na Piąchę, który wpatrywał się w stojące na półce lustro.

– Coś ciekawego detektywie? – spytałem.

Po kilku minutach zobaczyłem, że Piącha bez słowa opuszcza pokoju, a za nim wychodzi Stuckey.

– Piącha, gdzie idziesz? Masz coś?

Nie usłyszałem jednak odpowiedzi, bo w tej samej chwili drzwi do gabinetu profesora zamknęły się z hukiem. Siostra niemal podskoczyła przestraszona. Uśmiechnąłem się do niej i nagle, w tej samej chwili w pokoju zgasło światło. W ciągu sekundy znaleźliśmy się w całkowitych ciemnościach.

– Ebenezer, co się dzieje? – usłyszałem zaniepokojony głos siostry.

– Wywaliło korki. Proszę się nie ruszać, to złapię siostrę za rękę i wyjdziemy na korytarz, dobrze?

Ruszyłem w kierunku, z którego dobiegł mnie głos siostry.

– No to jestem – powiedziałem po chwili łapiąc siostrę za ramię. – Teraz się odwrócę i idąc wzdłuż ścian dojdziemy do drzwi. Nie ma powodów do niepokoju. Jeszcze chwilka.

Opierając się jedną rękę o regał ruszyłem w kierunku drzwi. Nagle, za moim plecami siostra Felicja wybuchła przeraźliwym, histerycznym krzykiem.

– Coś tu jest! Coś tu z nami jest!

Usłyszałem jak zakonnica przewraca się na jeden z regałów a na podłogę zaczynają spadać książki.

– Siostro – starałem się ją uspokoić – zaraz zapalę światło.

Zakonnica jednak nie reagowała. Słyszałem, jak uderza o kolejne regały, jak spanikowana biega po malutkim gabinecie obijając się o kolejne meble aż w końcu potknąwszy się o leżące na ziemi krzesło upadła na ziemie z przeraźliwym krzykiem. Wrzaski siostry mieszały się z głośnym, ściskającym za serce szlochaniem.

– Coś tu z nami jest! Czuję to! Ebenezer zabierz to ode mnie! Zbierz to!

Szybko ruszyłem w stronę drzwi. Szarpnąłem za klamkę – zamknięte. Musiały się zatrzasnąć pomyślałem i zacząłem walić w nie z całej siły, nawołując Piąchę i Stuckeya. Po kilku minutach drzwi otworzyły się nagle. Wpadające z korytarza światło spływało na siedzącą pod jednym z regałów siostrę Felicję. Kurczowo trzymała naszyjnik z krzyżem i ciężko oddychając patrzyła na nas przerażonymi oczami.

– Coś tu było – wyszeptała.

Delikatnie podnieśliśmy siostrę i wyprowadziliśmy na korytarz.

– Coś tam było, jestem tego absolutnie pewne – odezwała się opanowanym głosem. – Gdy złapałam Cię za płaszcz – spojrzała w moja stronę – był kompletnie przemoczony i cuchnął zepsutym alkoholem. Dokładnie tak, jak w Blackwater.

Spostrzegłem, że Ray rzuca Piąsze zaniepokojone spojrzenie.

– Siostra wybaczy, ale nie czułem, aby mnie siostra złapała.

– Ale złapałam, jestem tego absolutnie pewna! To coś, co przemieszczało się w ciemnościach…czułam jego obecność, mogę przysiąc, że słyszałam jak przeskakuje po meblach!

– Słuchajcie – odezwał się Piącha – gdy patrzyłem w lusterko zobaczył w nim duży ciemny kształt znajdujący się z moim plecami. Patrzył na mnie chwilę i nagle zniknął.

– Może to stróż? Sprzątaczka? – zaproponowałem – Na litość boską nie mówcie mi, że waszym zdaniem po bibliotece akademickiej biega demon! – spojrzałem na zakonnice i Piąchę i wiedziałem, że właśnie tak myślą.

– No dobrze, już dobrze. Wyjaśnimy to później. Przesłuchamy teraz jednego ze świadków.

Ruszyliśmy korytarzem i po chwili zaczęliśmy na piętro.

– Zwłoki profesora odkryła w gabinecie jego asystentka – usłyszeliśmy spanie Piąchy. – Niejaka Emily Court. To ona zadzwoniła po policję. Był tak bardzo przerażona, że gdy tylko na miejscu zjawiła się karetka, to od razu wpompowali w nią środki uspokajające. Podobno już doszła do siebie, więc idziemy ją przesłuchać. Jest z nią prorektor Fallon.

Gdy weszliśmy do tonącego w głębokim burgundzie gabinetu prorektora, w nasze oczy od razu rzuciła się młoda dziewczyna o azjatyckiej urodzie, która pustym wzrokiem wpatrywała się w trzymaną w dłoniach szklankę wody. Obok niej ,na kanapie, siedział prorektor.

– Jesteście panowie – zerwał się z kanapy. – Zadzwoniłem po was od razu po tym, jak panna Court odzyskała przytomność. Jak widzicie, jest wciąż w kiepskim stanie, dlatego prosiłbym, abyście byli wobec niej delikatni.

– Oczywiście panie prorektorze – odburknął Piącha i usiadł na kanapie obok asystentki profesora.

– Panno Court – zaczął wyjmując odznakę – nazywam się Michael Alcorn i razem z detektywem Stuckeyem chcielibyśmy zadać pani kilka pytań, dobrze?

Młoda kobieta pokiwała głową.

– Proszę mi powiedzieć, czy to pani znalazła denata?

Panna Court spojrzała roztrzęsiona w kierunku Piąchy za wszelka cenę starając się powstrzymać napływające do oczu łzy.

– Tak, tak – wyjąkała.

– Kiedy to było?

– Dzisiaj, pod wieczór. Przyszłam tutaj na chwilę przed dwudziestą, aby zabrać do domu potrzebne mi materiały, a gdy otworzyłam drzwi ujrzałam to…to coś! – wykrzyknęła i ukryła twarz w dłoniach. Przez dłuższą chwilę szlochała spazmatycznie.

Z przebiegu dalszej rozmowy dowiedzieliśmy się, że profesor Leiter faktycznie od dłuższego czasu zachowywał się inaczej niż dotychczas, ale spowodowane było to ogromem przedsięwzięcia, którego się podjął, mianowicie przepisania fragmentów jednej z najcenniejszych ksiąg dotyczących historii miasta – Polowania na czarownice w Arkham. [Od razu przed oczami stanęła mi twarz mojej matki, a zwłaszcza jej szeroko otwarte oczy, gdy rozpalonym z podniecenia szeptem opowiadała mi o Keziah Mason oraz Goody Fowler.] Praca pochłaniała go tak bardzo, że niemal codziennie zostawał w swoim gabinecie do późnych godzin nocnych. Profesor był całkowicie pochłonięty tym zadaniem, przez co dla osób postronnych faktycznie mógł zachowywać się dosyć dziwnie. Spytana o problemy finansowe profesora stwierdziła, że nic nie wie na ten temat. Znała Abnera Wick’a i wiedziała o jego interesach z profesorem. Współpraca między antykwariuszem a Leiterem układała się jej zdaniem bezproblemowo. Z rozmowy dowiedzieliśmy się także o tajemniczej blondynce, która od jakiegoś czasu zaczęła pojawiać się w towarzystwie Leitera oraz o wyjątkowo przykładnym studencie – Anthonym Flindersie, który spędzał z denatem wyjątkowo wiele czasu.

W trakcie rozmowy moją uwagę od razu przykuł sposób, w jaki panna Court określiła zwłoki denata („to coś”) oraz dziwne napięcie łączące prorektora i asystentkę. Fallon co jakiś czas rzucał w jej kierunku ukradkowe spojrzenia, jakby pilnował, żeby nie powiedziała nam za dużo.

Skończywszy przesłuchanie detektywi podziękowali za pomoc i wyszliśmy na korytarz.

– Powinniście przesłuchać tę kobietę w pojedynkę. Wydaje mi się, że w obecności prorektora nie była z nami do końca szczera.

– Myślę, że to dobry pomysł – zgodził się Piącha.

– To co, pora chyba pojechać do domu profesora? – odezwał się Stuckey i zapalając kolejnego już papierosa zamachał nam przed oczami błyszczącym pękiem kluczy.